historia firmy "Piekarnia"Podolszyńscy"

Zakład Piekarniczy „Podolszyńscy” rozpoczął działalność produkcyjną 13 grudnia 1996 roku jako Piekarnia „Podolszyński”

1 lipca 1996 roku została utworzona rodzinna spółka cywilna, której właścicielem są Zbigniew, Zinajda i Daniel Podolszyńscy.

W 2008 roku, po ukończeniu studiów, dołączyła córka Monika.

JESIEŃ 1994-PIERWSZE WYKOPY-SKLEP
DZISIAJ MAGAZYN WYROBÓW GOTOWYCH
OTWARCIE NOWEJ HALI CIASTKARNIA-ROK 2002

Początkowo zamierzeniem właścicieli było stworzenie zakładu o małej mocy produkcyjnej, zaopatrującego mieszkańców osiedla. W w związku ze wzrostem zapotrzebowania na na produkowane pieczywo, zakład rozbudowano i zmodernizowano.

Pieczenie chleba to jedyna prawdziwa pasja Szefa, którą zaraził się już w młodym wieku. Uczył się tego zawodu od prawdziwych mistrzów piekarnictwa jak panowie: Z.Janicki, L.Wajszczuk, K.Piaskowski, J.Strug, E.Mucha, K.Wrzesiński i inni.

To od nich nauczył się jak piec chleb na zakwasie i jak przeprowadzić fermentację kwasu, aby chleb był naturalny i smaczny, bez konserwantów, tak bardzo teraz powszechnych.

Dlatego też pieczywo produkujemy metodą tradycyjną, od dawna sprawdzoną, na kwasach żytnich i rozczynach pszennych, a ciasta domowe na spodach kruchych. 

Obecny wygląd elewacji Piekarni „Podolszyńscy”

Jako akcentu dekoracyjnego użyto elementów pierwszego pieca zainstalowanego w piekarni.

Dzieje rodziny Podolszyńskich
od lat 20-tych XX w.

Od lewej strony Roman, na pniu Józef Podolszyński, dalej dwaj bracia Romana - Marian i Tomasz
Roman i Genowefa Podolszyńscy ze swoją karuzelą
Roman i Genowefa Podolszyńscy ze swoją karuzelą
Roman Podolszyński ze swoją karuzelą
piekarze z Hajnówki
piekarze z Hajnówki

Podolszyńscy wywodzą się z Częstochowy, na początku XX wieku prowadzili tam młyn, w okresie międzywojennym część rodziny znalazła się w Warszawie, gdzie założyli piekarnię i restaurację. Józef Podolszyński trafił natomiast na obrzeża Puszczy Białowieskiej, do Hajnówki i – nie bez przeszkód – zapuścił tu korzenie.

Nowe życie na Podlasiu zaczęło się dla rodziny Podolszyńskich tragicznie – wiemy o tym dzięki przedwojennej prasie: „W latach 1920 i 1921 w początkach rozpoczęcia eksploatacji puszczy białowieskiej, werbowani przez agentów i biura pośrednictwa pracy zjeżdżali się z Polski całej do Hajnówki robotnicy, poszukujący pracy. Ponieważ mieszkań w Hajnówce nie było, robotnicy, nie mając gdzie mieszkać, zaczęli kopać sobie w ziemi schrony, nazwane później„ziemiankami”. Wówczas nikt nie oponował, bo robotnicy byli potrzebni. (…) Nadeszły rządy „radosnej twórczości sanacyjnej” i wszystkim robotnikom, zamieszkującym w ziemiankach, wytoczono proces o bezprawne pobudowanie się na terenach państwowych. Na żądanie Prokuratorii Generalnej, Sąd Okręgowy w Białymstoku zasądził eksmisję krecich nor (ziemianek), obciążając równocześnie robotników kosztami procesu, dochodzącemi do stu i więcej złotych. (…). Pod przymusem rozkazano robotnikom zatrudnionym przy pracy na torze, by rozwalali ziemianki. (..) Podczas rozbijania ziemianki Józefa Podolszańskiego tragedia doszła do najwyższego stopnia. Żona Podolszańskiego zemdlała, on sam dostał ataku sercowego. Żonę zabrano do Kasy Chorych, a następnie przetrzymano ją do godziny 23-ciej na posterunku policji, dokąd uprzednio zabrano najstarszego, 16-letniego syna. Podolszańskiego, obłożnie chorego, wyniesiono z siennikiem na plac, a ziemiankę zawalono na rzeczy, które się w niej znajdowały, łamiąc i niszcząc wszystko. Przy małych dzieciach Podolszańskich, też przy ich rzeczach, nie pozostawiono żadnej opieki, tak, że dużo rzeczy zginęło. Do ciężko chorego Podolszańskiego wezwano księdza, który już na świeżem powietrzu udzielał mu posług religijnych. Podczas całej akcji, niszczącej dobytek robotnika, funkcjonariusze policji naigrawali się z nędzy ludzkiej, używając ordynarnych słów i mówiąc m. in., by robotnicy poszli skarżyć się do posła Dubois’a. Przeszedł tajfun zniszczenia; utworzyło się koczowisko bezdomnych rodzin, które na sposób cygański obozują pod gołem niebem, paląc w nocy ogniska dla opędzenia się przed chłodem i komarami. W końcu i tak już zrujnowanych materialnie i moralnie robotników pociągnięto do odpowiedzialności sądowej za ,,opór władzy“. (Robotnik R.37, nr 190, 27 maja 1931, https://academica.edu.pl/reading/readSingle…)

Podolszyńscy zostali mimo to w Hajnówce, Józef Podolszyński przeżył tę akcję – z czasem, na terenie dzisiejszej piekarni, powstała kuźnia, później dom z dużą ilością tzw. kukułek, w znacznej części wynajmowany ludziom przyjeżdżającym w poszukiwaniu pracy. Syn Józefa, Roman, kontynuował rodzinną tradycję, prowadził kuźnię, pracując jednocześnie na kolei (naprawy torowisk itd.). Z jego zamiłowania do kowalstwa połączonego ze smykałką do interesów żony, Genowefy, zrodził się pomysł zbudowania karuzeli! Małżeństwo zapisało się barwnie w pamięci mieszkańców – jeździli z karuzelą po okolicznych jarmarkach, festynach, odpustach dając radość nie tylko dzieciom. Syn Romana, Zbigniew, wrócił do piekarniczych tradycji rodziny – od 1974 roku pracował w piekarni Powszechnej Spółdzielni Spożywców, natomiast w 1996 otworzył z żoną Zinaidą własną piekarnię, w której prowadzenie zaangażowały się również ich dzieci – Daniel i Monika.